5 sierpnia 2017 r.


Planujemy nocleg gdzieś w górach, więc pakujemy do plecaków cały sprzęt biwakowy i zapas jedzenia.

Przy pięknej pogodzie i w super nastrojach zaczynamy podejście na położony najbardziej na północ i najwyższy szczyt masywu - Botnkrona (1072 m)


Gdzieś po 30 minutach marszu szlak robi się bardziej stromy i ciekawszy.
Chwilami przypomina nam nasze wędrówki ferratami w Austrii :-) (czyt. tutaj) Niektóre fragmenty stromych, gładkich ścian zabezpieczone są linami, które mogą być szczególnie pomocne, gdy skała się mokra.

Nie wiadomo kiedy - wszystko co w dole - zostało przykryte gęstą warstwą chmur. Tylko wyższe szczyty wystawały ponad białe, puszyste morze. Na szczęście my też byliśmy już wystarczająco wysoko, aby chmury oglądać z góry.
Niestety, miejsca odpowiedniego na namiot nie znajdujemy, a poza tym trochę liczymy, że uda nam się przenocować na szczycie :-)

Rezygnujemy ze spania na szczycie, ale spędzamy w tym pięknym miejscu jeszcze trochę czasu i gotujemy sobie kolację.
Po jednej stronie masywu - tej od Morza Norweskiego wszystko w dole przysłonięte jest mgłą. Z drugiej strony mamy widok na fiordy, wysepki i część kontynentalną Norwegii.

Na zdjęciu poniżej widok na kolejne siostry - szczyty masywu De Syv Sostre


Schodzimy niecałe 200 m i docieramy do dużego pola śniegu.
Idziemy jeszcze chwilę i zupełnie niespodziewanie znajdujemy idealne miejsce na nocleg.

6 sierpnia
Rano wszechobecna mgła zmienia nasze plany. Śpimy do bólu licząc, że widoczność się poprawi, ale niestety - pogoda bez zmian.
Zwijamy nasze obozowisko i idziemy na jeszcze jeden szczyt masywu - Grytfoten (1019 m), mając nadzieję, że będzie wystawał ponad chmury.
Widocznie cały limit szczęścia do pogody na "siostrach" wykorzystaliśmy wczoraj, bo z Grytfotenu widoczności nie mamy żadnej...


Jeszcze przez godzinę schodzimy we mgle. Szlak prowadzący na Grytfoten jest naszym zdaniem łatwiejszy i chyba dobrze wybrać go jako drogę zejściową, jeżeli wchodzi się na oba szczyty.