Senja

Senja
Husfjellet - Senja - Norwegia

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Zamki Rumunii - lipiec 2015

Podczas wyprawy do Rumunii zwiedzanie zamków nie było naszym głównym celem, a raczej dodatkową atrakcją...
Tych "dodatkowych atrakcji", do których wstąpiliśmy na naszym rumuńskim szlaku było sporo,
bo aż 12!



Hunedoara
Slimnic 
Calnic
Poienari
Fogarasz 
Biertan
Rupea
Peles
Rasnov
Bran 
Enisala
Neamt 

Pierwszym zamkiem na naszej drodze był Hunedoara. Na nasze nieszczęście była niedziela, a co za tym idzie spore tłumy ludzi przemieszczały się po wszystkich komnatach i dziedzińcach... 

Sam zamek robił duże wrażenie, ale klimat fortecy psuły przygotowania do jakiegoś koncertu lub pokazu. 

Cały dziedziniec zapełniony był plastikowymi zielonymi i białymi krzesłami, a w komnatach przechowywano sprzęt nagłaśniający. 
Mop w wiadrze w kącie komnaty również nie zadziałał na plus... 
Wejście do zamku - 30 lei (ok. 30 zł), fotografowanie - 5 lei.















 



Fogarasz
to średniowieczny zamek obronny, który wygląda jak świeżo co wyremontowany...




W komnatach zamiast antyków znajdują się piękne, masywne ale... jednak nowe meble. 
Nam to jednak nie przeszkadza
i cały zamek włącznie z wnętrzami robi na nas dobre wrażenie
.

 






W zamku delikatnie rozczarował nas automat do kawy, który owszem lał kawę, ale kubka nie dał... ;-)
Koszt zwiedzania - 15 lei (7 ulgowy).
Pod zamkiem jest duży
i do tego bezpłatny parking.


W pobliżu parkingu odpoczywało dość duże stado łabędzi, które zasiedliło rów obronny biegnący wokół zamku :-)



 

Kościół warowny - Biertan to miejsce, którego w Rumunii nie można podobno pominąć...
Nam wrażenia lekko popsuły remonty (rusztowania, betoniarki i taśmy odgradzające).  

Wnętrze kościoła



 












Faktem jest to, że w tym miejscu można było przenieść się w odległe czasy średniowiecza.
Koszt zwiedzania - 8 lei. 




Calnic to kolejny zamek chłopski, który chcieliśmy zwiedzić. Gdy dojechaliśmy na parking pod zamkiem, spotkaliśmy tam grupę polskich turystów, którzy też przyjechali zobaczyć tę twierdzę. 

 
Przywitały nas też trzy słodkie pieski, które oczywiście nie omieszkaliśmy nakarmić chlebem (bo nic innego akurat nie mieliśmy). Rzadko się widzi, żeby psy jadły chleb z takim smakiem. 
 

Aby wejść do środka musieliśmy podejść do pobliskich zabudowań i poprosić tamtejszą mieszkankę o otworzenie zamku. Wstęp kosztował 6 lei (6zł)

Twierdza przedstawiała się dosyć ciekawie. Zwiedziliśmy tam basztę i kaplicę.





Do zamku chłopskiego Slimnic przybyliśmy z samego rana. Trochę czasu zajęło nam odnalezienie drogi, która prowadziła na dość strome wzgórze z zamkiem. Mięliśmy również problem z otworzeniem furtki. Okazało się jednak, że trzeba było ją po prostu potraktować siłowo.

Najpierw obchodzimy zamek dookoła, a następnie podchodzimy pod wejście główne. Napisane tam jest, że zamek otwarty od 10 i że trzeba dzwonić 3 razy zamontowanym tam dzwonkiem, aby wejść.

Drzwi otwiera nam dosyć rosły mężczyzna, który tam mieszka w mini domku znajdującym się zaraz przy wejściu i chyba opiekuje się tym zamkiem. Wejście kosztuje 3 leje (3zł). Po uiszczeniu opłaty zaczynamy zwiedzanie. 

Najpierw udajemy się na wieżę.
Schody budzą trochę strachu, ale i tak decydujemy się dotrzeć na sam szczyt. „Niechcący” też uderzamy dzwon – silny i długi dźwięk zaledwie lekko poruszonego zaskakuje nas wszystkich.
 



Cały zamek to właściwie takie małe gospodarstwo z kotem, królikiem, indykiem, kurami i dosyć dużym zagonem ziemniaków i innych warzyw.





Do Rasnova przybyliśmy już w ostatniej chwili przed zamknięciem.
Do bramy wejściowej  trzeba było podejść dość stromą drogą. Pierwsze co rzuciło się nam w oczy, to dwie wielkie armaty zaraz przy wejściu głównym, które służyły jako kosze na śmieci.


Rasnov jako przykład zamku chłopskiego wypełniony był niezliczoną ilością małych pomieszczeń pobudowanych na dziedzińcu zamku pokrzyżackiego. 



 
Obecnie w większości z nich znajdowały się sklepiki z pamiątkami. Zamek przez to zyskał charakter bardzo komercyjny, co nie do końca nam się podobało.
  


Najbardziej urzekła nas kocia mama z małym kociątkiem, które leżały sobie na trawniku na dziedzińcu zamku.
Wstęp do zamku - 10 lei
 



 
Poenari - prawdziwa twierdza Drakuli, znajdująca się przy Szosie Transfogarskiej. Nie ma tam zbyt dużo do zobaczenia... Trochę murów, 2 manekiny nabite na pal oraz narzędzia tortur... Prowadzi do niego 1440 schodów, więc jak ktoś nie boi się wysiłku to można powędrować do fortecy, w której bronił się legendarny Wład Palownik. Cena biletu wstępu to 5 lei (ok. 5 zł)


Rupea to zamek chłopski, który zobaczyliśmy z drogi jadąc z Sighisoary do Braszowa. 
Takiej twierdzy nie dało się przeoczyć...

 
Widać było, że zamek jest świeżo odremontowany. Główną atrakcją tego miejsca są baszty obronne. Polecamy zamek szczególnie osobom, którym nie straszny marsz pod górkę i po schodach.
Koszt zwiedzania to 10 lei.



 Zamku Peles to właściwie nie planowaliśmy zwiedzać, ale jednak się skusiliśmy i…. całe szczęście!
Zrobił na nas naprawdę niesamowite wrażenie. 


To co zobaczyliśmy w środku warte było wydanych pieniędzy (my wybraliśmy tańszą opcję za 20 lei – 20zł). Niestety za robienie zdjęć wewnątrz trzeba było słono zapłacić (dlatego zdjęć wnętrz nie mamy...)
Wszystko dopracowane do najmniejszego szczegółu. Zwiedzaliśmy zamek z anglojęzycznym przewodnikiem. 

 




 



 Ludzi było naprawdę dużo i trochę musieliśmy poczekać na swoją kolej zwiedzania.
Jest to na pewno punkt w Rumunii, który trzeba koniecznie dołączyć do planu wycieczki.

 

Bran - średniowieczny zamek w Siedmiogrodzie, nazywany zamkiem Drakuli, mimo, że (prawdopodobnie) Wład III Palownik przebywał tu tylko 2-3 noce. Położony na wzgórzu zamek z daleka wygląda dość imponująco...



Dojście do zamku przypomina Krupówki... Mnóstwo sklepików i straganów z pamiątkami, głównie z motywami związanymi z Drakulą. 



  









Polecamy zwiedzenie zamku, ale raczej nie w niedzielę...
Wstęp do zamku 30 lei (ok.30zł) i oplata za fotografowanie 20 lei (ok.20zł).



Do twierdzy Enisala dotarliśmy tuż przed zamknięciem i w ostatniej chwili kupiliśmy bilet (3 leje – 3zł). Niestety, bo okazało się, że gdybyśmy przyjechali 10 minut później to weszlibyśmy za darmo, ponieważ zamek nie jest w ogóle zamykany, a tylko przez cześć dnia płaci się za wejście. Na szczęście to nie jakieś straszne pieniądze, więc nie ubolewaliśmy tak strasznie.

 
Twierdza to raczej pięknie położone same ruiny, ale widok z zamku na okolicę jest dosyć przyjemny. 

 

Do twierdzy Neamt, która znajduje się w miejscowości Targu Neamt docieramy trochę przypadkiem przy okazji zwiedzania mołdawskich monasterów. 

 






Twierdza, tak jak spora część innych zabytków w Rumunii jest świeżo odremontowana. 
 




Wnętrza są dopracowane, niektóre nawet przesadnie - szczególnie rozbawiły na szczury z IKEI, które grasowały po średniowiecznych lochach... ;-)
Wstęp do twierdzy 5 lei, fotografowanie - 10 lei.




niedziela, 3 stycznia 2016

Mołdawia- Winnica Milestii Mici




Milestii Mici to mała wioska położona ok. 20 km od Kiszyniowa- stolicy Mołdawii. Właśnie tutaj znajdują się największe na świecie piwnice win, których korytarze mają łączną długość ok. 200km, natomiast używanych jest ok.55 km. Podziemne tunele wydrążone w wapieniu znajdują się od 35 do 85 metrów pod ziemią.






Aby zwiedzić podziemia musimy dysponować własnym środkiem transportu i jednym wolnym miejscem, ponieważ trzeba się poruszać tam wyłącznie samochodem i z przewodnikiem. Rezerwacji dokonuje się telefonicznie na 3- 4 dni wcześniej. Niestety pracownicy przyjmujący rezerwację nie zawsze mówią po angielsku.. Język rosyjski w tym wypadku jest bardziej przydatny:)


Zwiedzanie winnicy rozpoczęliśmy jako jedni z pierwszych turystów, tuż po otwarciu. Podziemne korytarze zrobiły nas ogromne wrażenie. W 2007 roku podziemne przechowalnie wina w Milestii Mici zostały wpisane do Księgi Rekordów Guinnessa, jako miejsce, w którym przechowywane jest najwięcej butelek wina- ok. 2 milionów!!
 














Piwniczki, w których przechowywane są wina.








Wykupiliśmy opcję zwiedzania wraz z degustacją wina i obiadem w podziemnej sali, gdzie kiedyś odbywały się tajne spotkania. Na zdjęciu obok "tajne" wejście do tejże sali:)












 
Po opuszczeniu podziemi odwiedziliśmy sklep z winami z tamtejszej winnicy. Ceny dość niskie- co nas bardzo zaskoczyło, a jak się później okazało wina bardzo dobre:)




Winnica Milestii Mici jest miejscem, które naprawdę warto odwiedzić.

Granicę rumuńsko- mołdawską przekraczaliśmy w miejscowości Albita (Rumunia) i Leuseni (Mołdawia). 120 km od granicy położona jest wioska Milesti Mici. Drogi podobnie jak większość rumuńskich - nie zachwycają. Na granicy chcieliśmy wymienić rumuńskie leje na mołdawskie i ku naszemu zdziwieniu nie było to takie proste, ponieważ kantory na granicy nie dysponowały swoją walutą..

sobota, 2 stycznia 2016

Zadni Granat - 20 grudnia 2015

Jeszcze przed wschodem słońca - ok. 7 -  wyruszamy ze schroniska Murowaniec.
W trakcie drogi do Czarnego Stawu Gąsienicowego niebo zaczyna nabierać cieplejszych barw...

 
Po dojściu widzimy dwóch turystów na środku zamarzniętego (tak nie do końca..) stawu.
My jednak postanawiamy obejść staw - tchórze... ;-) 


 




Idąc wzdłuż stawu obserwujemy kolejnych śmiałków, którzy maszerują środkiem na druga stronę...

Na zdjęciu obok Czarny Staw z lodem, który nie wzbudził naszego zaufania... ;-) z tyłu malowniczy Kościelec.




Czarny Staw z topniejącym powoli lodem...

Zmarzły Staw (1788 m) - chociaż na to nie wygląda jest solidnie zamarznięty...
Powyżej stawu pięknie prezentują się lodowe nacieki. Jest godzina 8.40.














Od Koziej Dolinki (1940 m) rozpoczyna się konkretne podejście. Oczywiście zdjęcie nie oddaje w ogóle nachylenia stoku...



 Na zdjęciach poniżej podejście z Koziej Dolinki - zdjęcia z góry.

























 
Po 3,5 godzinach marszu z Murowańca stajemy na szczycie.

Zadni Granat
(2240 m)
 



Widok ze szczytu na wschodnią stronę









Tatry Wysokie, w dole Przedni Staw Polski.






 

Widok na Mały Kozi Wierch (2228 m), Gąsienicową Turnię (2280 m) i Świnicę (2301 m), z tyłu Tatry Zachodnie.
 
 
 
W drodze powrotnej maszerujemy już środkiem Czarnego Stawu. Rzesze wędrujących po nim turystów przez cały dzień nieco nas ośmieliły ;-)



Otoczenie Doliny Gąsienicowej - zdjęcie zrobione 200 m od schroniska.


 
Pogoda, siły i widoki dopisały - oby więcej takich wypadów! :-)



piątek, 1 stycznia 2016

Sylwester 2015 - Rakoń

Gdzie mogą spędzać Sylwestra górscy maniacy...? ;-)
Wybór pada na Tatry Zachodnie. Dobrze znane i nieco bezpieczniejsze niż Tatry Wysokie.
(Od razu przepraszamy za jakość zdjęć, ale brak nam jakiegokolwiek doświadczenia w nocnej fotografii...)
 
Pogoda raczej sprzyjająca, czyli stabilna, a spory mróz, gdy nie towarzyszy mu wiatr - jest do wytrzymania... ;-)
Dolina Chochołowska
O godzinie 19.20 wychodzimy z parkingu na Siwej Polanie. 
Na niebie miliardy gwiazd, ale bez światła księżyca i tak jest zbyt ciemno, aby widzieć drogę przed sobą. Czołówki oczywiście są niezbędne.

Tuż przy schronisku





W schronisku robimy przerwę na dogrzanie organizmu gorącą herbatą (z termosu, bo bufet czynny tylko do 20-tej...)
Parę minut po 21-ej wyruszamy na żółty szlak prowadzący na Grzesia. Widoków oczywiście nie ma żadnych, ale napawamy się ciszą, spokojem i wyjątkowo odczuwalna bliskością z naturą.
Na Grzesiu (1653 m) spotykamy dwie ekipy, które również udają się w kierunku Rakonia.

Mimo, że podejście nas rozgrzało nie spędzamy na szczycie zbyt dużo czasu. Jak to na grani bywa zaczynamy odczuwać delikatne podmuchy wiatru i związany z tym chłód.

W drodze na Rakoń widzimy czołówki osób podchodzących na Wołowiec - jest sporo "wariatów" na tym świecie... ;-)



Widok z Rakonia (1879 m) nas zachwyca - oprócz rozświetlonych w dolinach miejscowości całkiem nieźle widać tatrzańskie szczyty, a to za sprawą księżyca, który w końcu pojawił się na niebie :-)
O północy wznosimy toast za Nowy Rok resztką grzanego wina. 

Podziwiamy też fajerwerki w okolicznych miejscowościach, które z tej wysokości wyglądają jak maleńkie zimne ognie, ale mimo tego w takiej ilości robią na nas wrażenie.




Zaczyna coraz bardziej wiać, więc szybko idziemy na Przełęcz Zawracie (1863 m), tam spotykamy parę, która witała Nowy Rok na Wołowcu. Życzymy sobie szczęścia i wznosimy toast trunkiem z ich piersiówki (pozdrawiamy serdecznie ;-)), a następnie zielonym szlakiem schodzimy do Doliny Chochołowskiej. Raki oczywiście niezbędne. 

Tak spędzony Sylwester dał nam "pozytywnego kopa" na Nowy Rok :-)