Senja

Senja
Husfjellet - Senja - Norwegia

piątek, 2 października 2015

Banikov - Tatry Słowackie

Banówka (słow. Banikov 2178 m) to kolejny szczyt w słowackich Tatrach Zachodnich, który dostarcza emocji zbliżonych do tych przeżywanych na grani Tatr Wysokich.

 
Banikov to najwyższy szczyt zdobyty podczas tego wypadu, ale wędrując główną granią Tatr Zachodnich "zaliczamy" jeszcze 5 innych dwutysięczników. 





Na wędrówkę wybieramy się w sierpniu 2015. Liczymy, że w Tatrach Słowackich będzie mniej tłoczno niż u nas.
Wyruszamy z parkingu w Zverovce (1090 m.)
Szlak (niebieski) początkowo prowadzi zakosami ostro w górę pod nowym wyciągiem (sześcioosobowa kanapa). 

Brestova (1934 m)
Korzystając z kolejki o długości 2 km można sobie znacznie skrócić dojście na pierwszy szczyt, który my maszerując osiągamy po ok. 2 godzinach - Brestova (1934 m). Na szczycie jest dosyć tłoczno, więc nie zabawiamy tam długo i czerwonym szlakiem zmierzamy w stronę Salatyńskiego Wierchu. 

Po 40 min. stajemy na szczycie pierwszego w dniu dzisiejszym dwutysięcznika - Salatyn (2048 m). 





Spalona (2084 m)


Kolejny szczyt osiągamy po godzinie niezbyt forsownego marszu - Spalona (2084 m)


Szlak praktycznie cały czas prowadzi granią. Nie jest, ale zdarzają się odcinki, gdzie ekspozycja jest znaczna, więc trzeba uważnie stawiać kroki.
  




Ze Spalonej schodzimy lekko w dół na małą przełęcz, z której ostrą skalistą granią zaczynamy wchodzić na kolejny szczyt  - Pachola (2166 m). Podejście - patrząc z odległości kilkuset metrów - wyglądało na bardzo wymagające, ale okazało się raczej bezproblemowe, a w razie czego można było zaasekurować się łańcuchami. 
Banówka (Banikov 2178 m)
Z Pacholej schodzimy ponad 100 m na Banikowską Przęłęcz (2040 m), gdzie znajduje się węzeł szlaków. Dochodzą tutaj szlaki z Doliny Jałowieckiej (niebieski) i Doliny Spalonej (żółty). 


My wędrujemy dalej szlakiem czerwonym i po godzinie stajemy na Banówce (2178 m).
Szczyt jest oblegany przez turystów, więc idziemy dalej, żeby móc odpocząć bliżej natury. 

 
Zejście nas trochę zaskakuje, bo trzeba skorzystać z rąk, ale to miłe urozmaicenie szlaku. 
Dalsza droga jest dość mocno eksponowana i naprawdę wymaga dużej uwagi. Niestety zdjęcia tego odcinka nie zostały zrobione - ręce zajęte były asekuracją... ;-)
W drodze do Smutnej Przełęczy (1962 m) wchodzimy jeszcze na dwa dwutysięczniki - Hruba Kopa (2166 m) i Trzy Kopy (2136 m). Ten ostatni szczyt robi szczególne wrażenie, bo przepaściste wielkie ściany od razu przywodzą na myśl Tatry Wysokie, a szlak biegnący granią przypomina Orlą Perć i wymaga od turysty odporności na przepaście.
Rohacz Płaczliwy (2125), Ostry (2088), Wołowiec (2064)


Z okolic Smutnej Przełęczy podziwiamy szczyty z naszego lipcowego wypadu - Rohacze i Wołowiec
 

Smutna Przełęcz (1962 m)



 Z przełęczy schodzimy do Doliny Smutnej. Mimo zmęczenia, które już daje się we znaki przyspieszamy tempo, a to z powodu wody, która skończyła nam się w Smutnej Dolinie...
Do Tatliakovej Chaty docieramy prawie biegiem, ale woda smakuje jak rajski napój :-)
Całość wycieczki zajęła nam około 9 godzin.
Trasa naprawdę godna polecenia. Większość czasu spędzamy wędrując granią, więc cudowne widoki mamy zagwarantowane!*


*za brak widoków spowodowanych mgłą i chmurami autorzy posta nie ponoszą odpowiedzialności ;-)






wtorek, 29 września 2015

Sierpniowa ferrata - Wels Klettersteig

Wels Klettersteig to ferrata prowadząca na szczyt Albertfeldkogel (1707 m) - w paśmie Salzkammergut-Berge w Górnej Austrii.

Większość osób dochodzi do początku ferraty w 45 minut, ale wcześniej korzysta z kolejki gondolowej na  pobliski szczyt - Feuerkogel. Koszt biletu w górę i w dół - niemały, bo 20,40 euro. My korzystamy ze szlaku pieszego. Ta opcja zajmuje nam prawie 4 godziny w jedną stronę. 

Albertfeldkogel (1707 m)
Dziesięć minut przed dojściem do szczytu Albertfeldkogel trzeba zejść z głównego szlaku w prawo, następnie przejść przez prowizoryczny "mostek" nad ogrodzeniem i zejść bardzo stromą ścieżką do początku ferraty. Dojście jest naprawdę karkołomne i w żaden sposób niezabezpieczone. Buty często ześlizgują się po leżącej na ścieżce ziemi i małych kamyczkach. Można asekurować się kosówką, ale nie ma jej zbyt dużo... 



Stojąc na początku ścieżki zejściowej można podziwiać prawie całą ferratę oraz obserwować wspinające się ludziki. Trasa naprawdę robi wrażenie i przyprawia o zawrót głowy :-) 
 










 Oficjalna trudność ferraty to C z fragmentami B, ale trzeba się liczyć z tym, że wejście wymaga siły ramion i niewrażliwości na ekspozycje, czyli dla miłośników ferrat to coś pięknego!
 






 Sama ferrata jest dość krótka - wejście zajmuje według opisu 50 min, ale jak się komuś spieszy i lubi biegać po ferratach, to da radę nawet w 30... ;-)


  

Ferrata kończy się tuż przez szczytem Albertfeldkogel, na którym znajduje się Europakreuz - krzyż zbudowany z kostek symbolizujących poszczególne państwa członkowskie UE. W każdej metalowej kostce znajduje się kamień z danego państwa. Ciekawe skąd pochodzi kamień w kostce naszego kraju? Pierwsze co przyszło nam na myśl to Tatry...
Ciekawe dlaczego :-)






Ferratę warto polecić szczególnie ze względu na niesamowite ekspozycje i piękne widoki, jednakże zanim się do niej dotrze należy poświęcić trochę czasu na przejście szlakiem lub trochę pieniędzy na dojazd kolejką.

Całość trasy zajęła nam 8 i pół godziny. 
W przypadku skorzystania z kolejki czas znacznie się skraca i wynosi około 3 godzin.

sobota, 26 września 2015

Tassilo - sierpniowa via ferrata

Tassilo Klettersteig

Ferrata Tasillo została poprowadzona na szczyt Schermberg (2396 m n.p.m) w górach Totes Gebirge  (Góry Martwe). Całość wycieczki wymaga pokonania niemałego przewyższenia bo prawie 1700 m, ale zdecydowanie polecamy bo czas spędzony na ferracie to - dla niespieszących się - aż 3 godziny!


Naszą wyprawę zaczynamy ze schroniska Almtalerhaus (714 m), do którego dojeżdżamy samochodem z Habernau pokonując sześciokilometrową szutrową drogę biegnąca przez las. 
Almtalerhaus (714 m n.p.m.)

Droga jest naprawdę dobrej jakości, więc samochód osobowy spokojnie przez nią przejedzie. 




W schronisku kupujemy jeszcze mapę i zaczynamy wędrówkę ku ferracie. 


Pierwszy fragment jest dosyć długi i trzeba poświęcić około 3 godzin, aby dojść do kolejnego schroniska Welser Hütte, z którego już tylko 15 minut do wejścia na ferratę.  
 


Pod schroniskiem mamy możliwość obserwowania austriackich służb ratunkowych podczas ćwiczeń z użyciem helikoptera .



 







Schronisko Welser Hütte (1740 m)




W schronisku nie ma tłumów. Sympatyczny pan rozładowujący wagonik linowy z prowiantem dla schroniska poinformował nas, że dziś będzie trochę  hałasu przez te ćwiczenia i że na ferracie obecnie nie ma nikogo. No raj!!!
 
 Przy wejściu na ferratę widzimy mapkę, która trochę nie zgadza się z tą, którą mamy jeszcze w pamięci ze stron o ferratach. Ferrata ta na stronach internetowych jest opisywana jako B/C, jednak mapka i szczegółowy opis przy wejściu pokazuje, że jest to raczej C/D. 
 
Początek ferraty jest dosyć stromy. Potem kolejno czekają nas jeszcze liny wymagające od nas dosyć dużej siły ramion. 

 

 














Są też jednak fragmenty spaceru po trawce, a końcówka to również łatwe przejście granią.
Ferrata jest dosyć długa. Zajęła nam 3 godziny, ale w ogóle nie czuć było tego czasu. 




Po drodze spotykamy jeszcze trzech zrzuconych przez helikopter ratowników, którzy mają za zadanie dotarcie do końca ferraty. No więc pobiegli - dosłownie - tam i czekali na odbiór. 



Zaglądamy również do dziury, która jest przerażająco głęboko. Zaglądając do niej rozstajemy się z okularami. Wrażenie robi na nas skalne okno, przez które jednak nie wyglądamy...Wystarczy strat jak na jeden dzień... ;-)

Schremberg (2396 m)
 Na szczycie robimy dłuższą przerwę - pogoda nas rozpieszcza, więc w promieniach słońca rozkoszujemy się widokami.

 
Droga powrotna jest bardzo ciekawie poprowadzona. Skały tych masywów zbudowane są jakby z oddzielnych wielkich kamieni poukładanych blisko siebie, pomiędzy którymi nierzadko znajdują się dość głębokie szczeliny. 
Niektóre szczeliny są tak duże, że pokonując je musimy pokonać własny strach... ;-)




Przechodzimy również przez łaty śniegu, które pomimo połowy lata są ciągle dość pokaźnych rozmiarów. 


 

Droga zejściowa nie jest ferratą, ale podczas niektórych przejść naprawdę przydałyby się jakieś sztuczne ułatwienia lub chociaż lina do asekuracji. Pod koniec drogi pokonujemy jeszcze piarżysko i dwie drabinki
 
 
Do pierwszego schroniska - Welser Hütte - docieramy po następnych dwóch godzinach, czeka nas jeszcze droga do samochodu - prawie 3 godziny.
Całe przejście zajęło nam około 12 godzin. 
Polecamy tę ferratę osobom, których nie zniechęca długie dojście do ferraty. W nagrodę za ten trud jest duża szansa, że podczas wspinaczki nie napotkamy zbyt wielu turystów :-)

poniedziałek, 21 września 2015

Góry Ciucas

Góry Ciucas znajdują się ok. 50 km od Braszowa. Jest to niewielki masyw górski, który został dodany do punktów naszej rumuńskiej wyprawy głównie ze względu na występujące tam ciekawe formacje skalne.
 
Z powodu mocno napiętego harmonogramu naszej wyprawy górom tym poświęciliśmy zaledwie 5 godzin, ale to  wystarczyło, żeby się nimi zachwycić i myśleć o kolejnych - tym razem dłuższych - wędrówkach.
 
Za cel wyjścia obraliśmy najwyższy szczyt o takiej samej nazwie jak góry, czyli Ciucas (1954 m n.p.m.). Wystartowaliśmy z Przełęczy Bratocea (1272 m). Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy dość wcześnie, bo o 6 rano. 

Była to pora idealna do podziwiania klimatycznych, porannych mgieł, które wyglądały szczególnie pięknie w dolinach pomiędzy szczytami.

W przewodniku wyczytaliśmy, że powinniśmy kierować się na przekaźnik. Okazało się to naprawdę trudne, bo początkowo widoczność była ograniczona do około 3 metrów, co trochę utrudniło nam orientację w terenie... ;-)  
 Spotkaliśmy też trzy olbrzymie psy pasterskie, które nagle wyłoniły się z gęstej mgły. Trochę nas to zaniepokoiło, ale okazało się, że psy były jeszcze bardziej zaskoczone obecnością ludzi o tej porze w tym miejscu. Jeden tak się wystraszył, że rzucając się z głośnym szczekaniem do ucieczki, przewrócił drugiego pieska. Na szczęście już nie wróciły, choć szczekanie słyszeliśmy jeszcze  przez długi czas. 




Znak na przełęczy informował, że do szczytu jest od 3 i pół do 4 godzin. My doszliśmy tam w 2 godziny, idąc dość szybkim tempem, ale również podziwiając widoki i robiąc mnóstwo zdjęć.

Niezwykła rzeźba wystających skał zrobiła na nas ogromne wrażenie. Takich form skalnych nie mieliśmy okazji jeszcze oglądać.

Ciucas (1954 m)













 Skała z bliska też wyglądała bardzo ciekawie. Była niczym zastygnięty cement z niezliczoną ilością kamyczków.



  


Warto wybrać się na ten szczyt naprawdę bardzo wcześnie, bo - po pierwsze - klimat jest nie do opisania, a po drugie na szczycie i szlaku nie ma jeszcze turystów, których gromady mijaliśmy w drodze powrotnej około godziny 9.