Senja

Senja
Husfjellet - Senja - Norwegia

środa, 18 lutego 2015

Szpiglasowy w najpiękniejszy z lutowych dni...

Jeżeli można sobie wymarzyć najlepszą pogodę i warunki do zimowego wędrowania po Tatrach i ktoś to marzenie spełnia...
To dzieje się to właśnie dzisiaj - 18 lutego ;-) Nasza trasa wiodła przez Dolinę Pięciu Stawów Polskich, Szpiglasową Przełęcz (2110 m), Szpiglasowy Wierch (2172 m), Morskie Oko i do parkingu...

To było cudowne 10 godzin, aż żal było schodzić w doliny...
Ale wysiłek dał się we znaki, więc szczegóły wyprawy będą dopiero jutro ;-)

Dzisiaj tylko kilka zdjęć...











niedziela, 8 lutego 2015

Bajka tatrzańska - od Przełęczy pod Kopą Kondracką na Kasprowy Wierch

Sobotę 7 lutego wszystkie internetowe prognozy pogody zapowiadały jako dzień bezchmurny, mroźny, bezwietrzny i słoneczny. 
Brzmiało bardziej jak bajka, niż możliwy do spełnienia scenariusz pogodowy. A jednak...
 Z samego rana wybraliśmy się na przechadzkę z Kuźnic przez Kalatówki, schronisko na Hali Kondratowej, na Przełęcz pod Kopą Kondracką, szlakiem czerwonym na Kasprowy Wierch i zejściem szlakiem zielonym do Kuźnic. 

Spacer zaczęliśmy około godziny 8 i po 20 minutach dotarliśmy do Hotelu Górskiego PTTK na Polanie Kalatówki. 
Tam oczywiście degustujemy pierwszą w tym dniu szarlotkę, która jak na komercyjny hotel zaskakuje zarówno ceną, jak i smakiem. Sam budynek oczywiście wielki i niefajny, ale widoki dookoła- jak to w Tatrach- super.


Dalszą drogę do Schroniska na Hali Kondratowej pokonujemy po wydeptanej w śniegu ścieżce biegnącej głównie przez las. 
 















W schronisku spotykamy naszą znajoma kotkę, która przez okno obserwuje szykujących się do drogi skiturowców. 
Kotka to oczywiście pierwsza żebra tatrzańska. 
Każdy, kto wyciągał kanapkę z jakimś suplementem mięsnym miał kotkę na kolanach. 
Sympatyczna Pani ze schroniska opowiedziała nam historię obecności kotki w tym miejscu. Jest ona pozostałością po nieżyjącym starszym panu, pracującym kiedyś w tym schronisku.
Ku naszemu rozczarowaniu w menu schroniska nie ma szarlotki, za to jest piernik, który oczywiście konsumujemy, aby mieć coś z tego miejsca do rankingu.
Po około 15 minutach ruszamy w dalszą drogę ku Przełęczy pod Kopą. Coraz rzadziej widzi się wędrujących turystów, a częstszym widokiem stają się skiturowcy. Po drodze spotykamy wracającego z trasy turystę, który odradza nam dalsze wejście ze względu na głęboki śnieg, w którym się zapadał po uda. Fakt ten był udokumentowany oblepionymi śniegiem jeansami dokładnie do tej wysokości, o której mówił turysta. No cóż, może jeansy nie są najlepszymi spodniami na taka wyprawę. 
 
Mimo ostrzeżenia postanawiamy wędrować dalej i okazuje się, że wcale nie jest tak strasznie. Duża warstwa śniegu nie jest aż tak przerażająca, a pod koniec wspinaczki mamy już tylko pokrywę lodową, po której w rakach idzie się bez najmniejszego problemu. Raki zakładamy w połowie tej trasy i okazują się bardzo pomocne.

Z przełęczy widać już Kasprowy Wierch i wydaje się on być na wyciągnięcie ręki. Zaczynamy nasza wędrówkę ku niemu, przemieszczając się głównie południową stroną grani. Pogoda jest cudowna. Słońce świeci tak mocno, że zrzucamy z siebie kurtki, czapki i rękawiczki. Błogosławieństwem są natomiast okulary przeciwsłoneczne, które okazują się niezbędne podczas zimowych wypraw górskich.
 Przez 3/4 naszej wędrówki nie spotykamy ani jednej osoby. Tylko my i góry... Czy można wymarzyć sobie coś piękniejszego? Rozkoszujemy się tym co widzimy i obserwujemy spadające kawałki czap śnieżnych, które roztapiane są przez grzejące słońce. Bajka!!!

Dochodząc już do Kasprowego Wierchu spotykamy coraz więcej turystów wybierających się na ten szlak.

 A zbliżając się do szczytu mamy już do czynienia z dzikimi tłumami wylewającymi się z kolejki i rozchodzącymi na wszystkie strony.


 
Chwilkę odpoczywamy, kupujemy szarlotkę w nowej restauracji przy kolejce, zjadamy nasze przepyszne kanaki i wyruszamy w drogę powrotną do Kuźnic.
Cała trasa wyliczona była na 6 godzin marszu plus jakiś czas na rozkosze wzrokowo-żołądkowe. Przeszliśmy ją w 9 godzin, bo trochę więcej nam zeszło na podziwianie widoków, robienie zdjęć, a i warunki nie pozwoliły na jakiś szaleńczy marsz.
Sobota spędzona cudnie. Zmęczenie, w przyjemny sposób, przypominało o dobrze spożytkowanym czasie wolnym. Jeszcze rano nogi nie pozwoliły zapomnieć, że wczorajszy dzień był spędzony aktywnie i miło...:-)

piątek, 6 lutego 2015

Tajemnica szarlotki strążyskiej.....odkryta ;-)

Dziś piątek. Dla nas normalny dzień pracy, ale mimo tego i tak postanowiliśmy wybrać się na poszukiwanie wrażeń górskich. No może z tym górskich to "lekka" przesada, bo pomknęliśmy zaledwie do Doliny Strążyskiej. 

Wybraliśmy ten szlak, bo nie mieliśmy zbyt dużo czasu, a i zmrok był już tuż tuż (niedobry zmrok!!!). Mało wymagający szlak okazał się być bardzo urokliwym miejscem zimą. 


 Późna pora dnia umożliwiła przejście go do chatki w zaledwie 25 minut bez konieczności przeciskania się między tłumem turystów. Mieliśmy w planach wypróbować szarlotkę z chatki zwanej "Kawiarenką".
 Chatka, bo nie jest to oczywiście schronisko, choć często nazwa ta jest używana przez turystów wędrujących do "schroniska w Dolinie Strążyskiej". 
Ot taka komercyjna budka z komercyjnymi daniami i cenami, które rządzą się prawami monopolu. Konkurencja tam dla nich żadna, a turystów upchanych od ściany do ściany. 

W "Kawiarence" zamawiamy dwie wersje szarlotki - "czystą" i wersję z dodatkami o dumnej nazwie Deser spod Giewontu. Pierwsze co rzuca się w oczy to wielkość ciasteczka, a dopiero potem poznajemy jej smak.... ale o tym już wkrótce w poście RSG (My sami już się nie możemy go doczekać, ale jeszcze kilka szarlotek zostało nam do skonsumowania). 

 

Dlaczego więc tajemnica i to w dodatku odkryta..... Otóż wracając szlakiem spod Siklawicy, chowając się przed wiatrem za chatką, przypadkowo odkrywamy tajemnicę pochodzenia tej naturalnej, cudownie górskiej szarlotki, a właściwie jabłek użytych do jej produkcji.


 No sama natura.... Skrobia modyfikowana to nasz ulubiony składnik szarlotki no i oczywiście sorbinian potasu... 
Mmm pychotka ;-)


Wodospad Siklawica




Cóż, trasa może nie powala, ale każde spotkanie z Tatrami - nawet tymi najniższymi - sprawia przyjemność i dobrze nastraja.



środa, 4 lutego 2015

Szlakiem szarlotek c.d. ;-)

W połowie stycznia tego roku została zdegustowana kolejna szarlotka :-)
Wyprawa do niej była małym, popołudniowym spacerkiem  "lodowym szlakiem" przez Dolinę Kościeliską. Padający deszcz i temperatura zbliżona do zera utworzyły na dnie doliny długie lodowisko... ;-) 

 
Po godzinie marszu dochodzimy do Schroniska PTTK na Hali Ornak.









Degustujemy szarlotkę, która podawana jest z różnymi dodatkami w zależności od pory roku (szczegóły w przygotowywanym poście Ranking Szarlotek Górskich)



 Wracamy "ślizgiem" Doliną Kościeliską obserwując jeszcze spustoszenia, które poczyniła wichura w grudniu 2013 roku
i ogrania nas lekka melancholia...








poniedziałek, 2 lutego 2015

Zima (I TO JAKA!) w Beskidach

Przeglądając nasze wcześniejsze posty można by pomyśleć, że piękna zima to tylko w Tatrach...
W ostatni weekend odwiedziliśmy Beskid Sądecki i nie mogliśmy wyjść z zachwytu - "Jak tu pięknie..." (itp.) - to najczęściej powtarzane słowa ;-)

Wybraliśmy trasę w Paśmie Jaworzyny Krynickiej, która prowadziła z Łomnicy Zdrój na Halę Łabowską (szlak niebieski)




 
 Po drodze małą niespodziankę zrobił nam potok, którego pokonanie latem pewnie nie sprawia większych trudności... Jednak przejście po oblodzonych i zaśnieżonych kamieniach wzbudziło u wszystkich emocje (fotograf czekał na efektowne upadki i kąpiel, ale nikt nie dał mu tej satysfakcji ;-)


 




Przewidywany czas dojścia do schroniska to ok. 2 godz. 20 min. Nam przejście trasy zajęło jakieś 3 godziny, a to za sprawą świeżego śniegu, który miejscami tworzył trudne do przebrnięcia, metrowe (i nawet większe) zaspy.
Osoba, która szła pierwsza i przecierała szlak miała zdecydowanie trening siłowy, ale marsz po dziewiczym śniegu wszystkim nam sprawiał niesamowitą przyjemność :-)
Pewną trudnością była też orientacja w terenie - zupełnie zasypane ścieżki, a do tego zawiane oznaczenia szlaku na drzewach uniemożliwiały odnalezienie właściwej drogi. W takim przypadku dobrze jest mieć w ekipie kogoś, kto zna trasę lub ma ze sobą niezbędne pomoce, takie jak np. nawigacja turystyczna w telefonie...(my mieliśmy dwa w jednym, czyli Konrada ;-))

W chatce na szlaku zrobiliśmy krótką przerwę na czekoladę, w celu zebrania sił na dalsze brnięcie w białym puchu...


 
 W Schronisku na Hali Łabowskiej próbujemy trochę osuszyć przemoknięte spodnie (bez większych efektów)
 
 i zjadamy oczywiście szarlotkę - nasi stali czytelnicy, wiedzą oczywiście w jakim celu...  (RSG)


Z Hali Łabowskiej do Łomnicy wracamy żółtym szlakiem - nie jest to już przemarsz dziewiczym śniegiem, więc i wysiłek dużo mniejszy.

Krajobrazy za to bez zmian - nadal bajeczne!

Nasza mała wyprawa zajęła nam 6 godzin i 30 min. Na ostatnim pagórku robimy sobie tradycyjne zdjęcie w podskoku ("już" za 7 razem udało się ująć wyskok ;-)) - w tle widoczne Tatry... Może odwiedzimy je w przyszłym tygodniu...








czwartek, 29 stycznia 2015

Włochy- Val di Sole

Zima u nas w tym roku kiepska, dlatego wspominamy sobie ubiegłoroczny wyjazd do Doliny Słońca zasypanej śniegiem:-) W dniu naszego przyjazdu do Marillevy- miejscowości, w której mieszkałyśmy- troszkę zaniepokoiłyśmy się, ponieważ dostałyśmy informację, że z powodu tak obfitych opadów wyciągi dzień wcześniej nie działały, jednak na nasz przyjazd ruszyły wszystkie :-) 




Oto przykład drogi i tarasu przed naszym apartamentem..:-)






Wyjazd mimo wszystko zaliczamy do udanych, ponieważ warunki każdego dnia były bardzo dobre i pozwalały nam spędzać całe dnie na stokach. Słońce niestety nas nie rozpieszczało- świeciło tylko przez dwa dni- ale nam to nie przeszkadzało:) 

  


Zdjęcia z nielicznych, ale słonecznych dni;-)

Więcej w zakładce Włochy- Dolomity :-)